Wskazówka zegarka przesunęła
się o centymetr dalej na tarczy. Czas płynął nie ubłagalnie. To właśnie jego
brakuje nam najbardziej. Nie zdążamy z wykonaniem wszystkiego, co dla nas
ważne. Wpadamy w amok pracy, potrzeby zdobywania pieniędzy. Zapominamy o tym,
że z każdą kolejną sekundą, minutą, godziną jesteśmy coraz starsi, a zeszły
wtorek nigdy więcej się nie powtórzy. Idziemy dalej, ba przecież wtorki są co
tydzień. Tylko może w tamten wtorek uśmiechałaś się częściej? Może wtedy trawa
wydawała się bardziej zielona, a niebo bardziej niebieskie? Może byłeś bardziej
szczęśliwy?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
1 marca 2015
4 lutego 2015
Rozdział 10 "Friend"
Dziękuję miśki za każdy komentarz pod poprzednim rozdziałem, kocham Was!
Rozdział dedykowany TinyDrug, która jest moją bratnią duszą na blogosferze. Dzięki, że jesteś.
Pierścionek na
mojej prawej dłoni gładko obracał się po obwodzie palca. Zdawałoby się, że moja
praprababcia była kobietą, lubiącą dobrze zjeść, gdyż biżuteria była dla mnie
nieco za duża. Jeden granatowy kryształek na srebrnej obręczy mienił się w
blasku salowych jarzeniówek. Imponował mi swoją prostotą i wykonaniem, należał
także do mojego ulubionego zestawu wraz ze srebrnym łańcuszkiem oraz zawieszką
z kryształkiem robionym na wzór pierścienia.
Skóra na moich dłoniach była wysuszona i nieprzyjemna w dotyku. Wszystko
przez codzienne zmywanie naczyń oraz sztućców w rodzinnej restauracji. Już
ponad miesiąc odpracowuję karę, ale nie narzekam. Żadna praca nie hańbi.
Chociaż obecnie nie zarabiam pieniędzy dla siebie, a moja pensja trafia na konto rodziców,
jestem z siebie dumna. Staję na wysokości zadania. Jedynym minusem jest brak
wolnego czasu. Czuję, jakbym od wieków nie wybrała się na żadną imprezę i ten
fakt zaczyna mi ciążyć. Nie chodzi tutaj o pijaństwo, głośną muzykę czy tłum
spoconych nastolatków. Chciałabym chociaż wyskoczyć na zakupy z moją męczącą
siostrą. Charlotte to mały upiór, który używa swoich nieco krzywych kłów w
nieodpowiednim momencie (dosłownie i w przenośni). Jest wredna, denerwująca,
humorzasta i mogłabym wymieniać do utraty tchu, ale to wciąż rodzina. Oprócz
tego jej podobieństwo do taty mnie przeraża. Jest jego młodym, kobiecym klonem,
ślicznym klonem. Ma małe szmaragdowe oczy w kształcie migdałów, delikatne, lecz
stanowcze rysy twarzy, mały podbródek i pulchne usta. Jak na swój wiek jest
wysoka, najwyższa z dziewczyn w swojej klasie. Tak, przy niej rodzice bardziej
się postarali. W moim przypadku ich niedoświadczenie wzięło górę, to
przynajmniej moje założenie.
Etykiety:
amy belmonte,
barabarapalvin,
barbarapalvin,
bieber,
chavez,
fanfiction,
friend,
jbfanfiction,
jbff,
justin,
justinbieber,
lidgff,
opowiadanie,
rozdzial10
1 listopada 2014
Rozdział 9 "Darkness"
Proszę przeczytajcie notkę pod rozdziałem.
3rd person Pov*
3rd person Pov*
Kobieta w
średnim wieku po raz kolejny wpatrywała się mętnym wzrokiem w klarowny, mocny
cydr, który należał do jej ulubionych trunków,
znajdujący się w kryształowej szklance. Tego dnia ukryty barek w jednej
z szafek jej ogromnego biurka, został praktycznie opróżniony. Nie liczyło się
dla niej to, że nie należy pić w miejscach, a tym bardziej godzinach pracy.
Cóż, nie wyrzuci się z własnej firmy. Przykre zrządzenie losu, bo może ktoś
powinien ocucić ją z amoku, w jakim trwa od dłuższego czasu. Przeciągnęła
wolną, drżącą dłonią po ściśle spiętych w koka kasztanowych włosach. Schludne
ubranie, składające się z ołówkowej, czarnej spódnicy za kolano, białej,
satynowej, przylegającej do ciała koszuli, a także marynarki i szpilek pod
kolor spódnicy. Wszystko idealnie wyprasowane oraz czyste, jakby ubrania były
przed chwilą kupione lub ściągnięte od projektanta. Porządek panował nie tylko
w jej wyglądzie, ale w przestrzeni, jaka ją otaczała. Pedanckie nawyki, takie
jak układanie na ostro zatemperowanych ołówków w równym rządku lub notoryczne
przecieranie ekranu laptopa, były różnie postrzegane przez jej pracowników.
Kiedy któryś z nich z czystej sympatii proponował pomoc, jeszcze tego samego
dnia dostawał wypowiedzenie w trybie natychmiastowym. Zawsze stwarzała wrażenie
silnej kobiety, która twardo stąpa po ziemi. Ale czy na pewno taka była?
Stanęła przy
ogromnym oknie sięgającym od sufitu do podłogi i wpatrywała się w ponury obraz
Chicago. Położyła dłoń na szybie, po której spływały krople deszczu. Chłód
szkła praktycznie nie różnił się od temperatury jej dłoni. Oto jaka jest.
Zimna.
Dostrzegła
swoje odbicie. Nienagannie ubrana, perfekcyjnie wypielęgnowana i uczesana. Ale na prawdę jest przeźroczysta. Nie ma w
niej nic, co jest tak na prawdę ważne. Kolejna pusta jednostka, szukająca
szczęścia w nieszczęściu. Gniew krążył w jej żyłach. Jak mogła dopuścić, aby On
zniknął? Szklanka upadła, roztrzaskując się, a cydr rozlał się po ciemnej
wykładzinie. Jak mogła do tego dopuścić? Porozrzucała szaleńczo wszystkie
dokumenty, znajdujące się na ogromnym biurku. Jak mogła?
- Cztery pierdolone lata!-
wykrzyknęła, siadając na miękkim, skórzanym krześle, łapiąc się za głowę. Nie,
to nie jest jej wina. On ją do tego zmusił. Tak, aż się o to prosił. Zrobił to
specjalnie. Tak. Chciał ją zniszczyć. Rozszarpać na kawałki. Zepsuć jej
karierę, dotychczasowe życie. Tak, na pewno o to mu chodziło.
I cóż, udało mu się.
18+
*muzyka*
Szedł długim
korytarzem podziemni pod klubem "Downtown". Obicia ścian w kolorze czarnym były miękkie i
pięknie mieniły się w biało-czerwonym świetle, jakie dawała podświetlana
marmurowa podłoga. Lubił to miejsce. Cóż, nie bez przyczyny był to najlepszy
klub w Detroit. Piękne kobiety, dobra muzyka i alkohol. Powoli przemierzał
pusty hol, prywatne loże były na prawdę drogie.
Czy chciał tu
być? Nie, ale zobowiązany jest, aby stawić się na każdy rozkaz szefa. Nawet
jeśli jest trzecia nad ranem. Dotarł do krwisto czerwonych dwuskrzydłowych
drzwi, a na jednej z klamek ujrzał, wiszącą na srebrnym sznureczku małą kartkę.
Odczytał ją, a usta wygięły się mu w półuśmiechu. Nie zastanawiając się długo,
pchnął ręcznie zdobione wrota.
Dziewczyna
odziana jedynie w czarne koronkowe stringi i połyskujące, czarne szpilki o
niewiarygodnie wysokim obcasie, siedziała rozkrokiem na ciemnej, skórzanej
kanapie. Jasna karnacja kontrastowała z
niemalże czarnymi włosami, które płynnie opadały na jej jędrne piersi.
Szczupłe, lecz wysportowane ciało oplecione było srebrnymi łańcuchami,
szczególnie przy szyi, nadgarstkach i kostkach. Nie mogła się poruszyć, inaczej
udusiłaby się. W jej ustach spoczywało coś na kształt ustnika lub maski. Nie
miała szans wypowiedzieć jakiegokolwiek słowa. W tym pomieszczeniu tylko jęki
powinny wydostawać się z jej gardła. Białe boczne światła podkreślały atuty
ciała dziewczyny. Całą ścianę za jej plecami pokrywały białe lampki, dodając
pomieszczeniu więcej uroku. Po prawej stronie znajdował się podest ze
schodkami, na którym umiejscowiona została błyszcząca rura do tańczenia, a przy
niej wiła się krótkowłosa blondynka, ubrana w czarne bikini. Lewa strona loży
wyglądała identycznie, łącznie z podobną tancerką. Czarny kolor pokrywał
ściany, podłogi, a także sufit. W głośnikach rozbrzmiewały bass, dodając
pikanterii, która była już niemal namacalna w powietrzu.
Chavez
zaciągnął się papierosem, którego zapalił, podczas oględzin loży. Chłopak
powoli podszedł do kruczowłosej. Przejechał palcem od jej pępka, pomiędzy
piersiami, aż pod podbródek, który uniósł. Popiół swobodnie zlatywał na ciało
Evy. Czy miała tak na imię? Tego nie wiedział i nie chciał wiedzieć, ale jej
spojrzenie przypominało mu pierwszą kobietę w raju. Niewinne oczy, ale skłonne
poświęcić swoją duszę diabłu. Biedna Eva nie była świadoma, jak zakażone jabłko
właśnie zrywa. Powinna siedzieć w pokoju, uczyć się, a nie oddawać jakiemuś mężczyźnie.
Ale co to go obchodzi?
Objął dłońmi
jej piersi, jednocześnie, wydmuchując dym prostu w twarz dziewczyny. Szatynka,
usiłując uniknąć jakiegokolwiek dotyku, próbowała kopnąć chłopaka. Niestety ten
czyn był bezmyślny, gdyż w tym samym momencie łańcuchy zacisnęły się na jej
ciele, wyginając je w łuk. Stłumiony krzyk wydarł się z jej gardła. Jednak nikt
nie usłyszy biednej Evy, nikt nie chciał jej usłyszeć.
Dylan nieco
już zirytowany, odsunął się. Zorientował się, że dziewczyna jest świeżym
towarem, inaczej nie próbowałaby się bronić. Ciekawe tylko czy przyszła tu z
własnej woli, czy odpracowuje dług swoich bliskich. Mimo tego, chłopak
odpuścił. Jeżeli nie chce jego dotyku to proszę bardzo, rozwiążemy ten problem
w inny sposób. Nie zastanawiając się dłużej, ściągnął blondynki na kanapę
szatynki. Przez krótką chwilę napawał się widokiem trzech pięknym i prawie
nagich kobiet, lecz zaprzestał tych czynności, zdając sobie sprawę, że będzie
mógł to robić przez całą noc. Gorąca muzyka podsycała jego zmysły. Usiadł w
twardym, ale wygodnym fotelu, pasującym do reszty pomieszczenia. Znajdował się
w takiej odległości, aby mógł bez przeszkód oglądać seans. Wrzucił niedopałek
do popielniczki na stojącym obok stoliku. Po chwili szklanka z jego ulubionym
alkoholem znalazła się w jego dłoni, dzięki prywatnej kelnerce w skąpym
stroju. Zamachnięciem dłoni dał sygnał
blondynkom, że mogą zaczynać.
Dziewczyny
zaczęły ciągnąć łańcuchy przy ciele Evy, sprawiając, że musiała wyginać się pod
różnym kątem, a z jej gardła wydzierały się jęki, spowodowane bólem. Ich dłonie zaczęły przemieszczać się po jej
skórze. Nacierały ją, drapały i głaskały. Schodziły coraz niżej, aż do centrum
szatynki. Ich języki zaczęły lizać jej szyję, piersi. Chwilę później dodały
jeszcze zęby, ciągnąc za brodawki spętanej dziewczyny. Eva chociaż bardzo
chciała, nie mogła nic poradzić na to, że wzbierała się w niej ekscytacja, a
jęki były nie tylko dzwiękami cierpienia, ale i przyjemności. Ostatkami sił
spojrzała głęboko w oczy młodego mężczyzny, lecz w jego oczach ujrzała jedynie
ciemność.
„Ból przyćmił
strach, a ciemność uśmierzyła ból.”
Jej?
Czy
Jego?
Proszę każdego o wyrażenie sugestywnej opinii na temat rozdziału, bo dopiero teraz wgryzamy się w fabułę. Pragnę wiedzieć, co podoba się Wam, a co przeszkadza; co ciekawi, a co nudzi.
Zmieniłam hasztag (twitter) na #LiDGff, ponieważ wcześniejszy miał powiązania z iSpotem.
Zmieniłam hasztag (twitter) na #LiDGff, ponieważ wcześniejszy miał powiązania z iSpotem.
Czytasz = Komentujesz = Motywujesz = Nowy rozdział
Zapraszam na niesamowite opowiadanie - Collision.
Etykiety:
amy belmonte,
barabarapalvin,
barbarapalvin,
bieber,
chavez,
darkness,
dylan,
dylanchavez,
fanfiction,
jbfanfiction,
jbff,
justin,
lidg,
opowiadanie,
rozdzial9
9 lipca 2014
Rozdział 6 "Deceit"
- Ciebie też miło widzieć Belmonte. - chłopak swoimi karmelowymi tęczówkami niemalże przeszywał moją twarz i dekolt. Niezręcznie zaczęłam pocierać dłonie, przy okazji wykręcając palce w każdą możliwą stronę.
- Um, cześć Dylan. - wymamrotałam z zażenowaniem, na co on cwaniacko się uśmiechnął. Tak, ten chłopak definitywnie mnie zawstydza. Jak zresztą każdy. - podsunęła moja podświadomość. Zamknij się, nikt cię nie pytał.
- Jakiś problem? - odezwał się głos za mną. Oh, błagam. Odwróciłam się, aby ujrzeć Ethana z zaciętą miną wpatrującego się w Chavez’a. Brakuje mi tu jedynie bójki, chociaż tak naprawdę nie wiem z jakiego powodu miałaby wyniknąć. Potencjalny Australijczyk, bo właśnie tak nazwałam blondasa z opalenizną i dredami, wydaje się miły, ale jest najwyraźniej bardzo zaborczy, mimo że nic szczególnego mnie z nim nie łączy. Zerknęłam na Dylana, który podniósł krzaczastą brew, a jego mina wyrażała czystą kpinę. Momentalnie objął moją talię ramieniem, przyciągając do swojego ciała. Wytatuowana dłoń muskała moją skórę na biodrze, wysyłając przyjemne dreszcze i powodując kojące ciepło. Zerknęłam na twarz brązowookiego, nie rozumiejąc jego gestu, nie żeby mi się nie podobało.
- Widzisz tu jakiś problem, mała? - szatyn spojrzał na mnie, uśmiechając się ciepło. Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, nie dlatego, że Dylan wyglądał jak pedofil, ale dlatego, że Ethan dosłownie kipiał ze złości. Pokręciłam przecząco głową, palcami gładząc swoją brodę by uniknąć palącego wzroku Pseudo-surfera, tak to kolejna ksywka, ale cóż nie mogę się powstrzymać.
- Amy możemy porozmawiać? - zostałam niemalże odciągnięta przez Pana Zaborczego. Uścisk Ethan’a na moim barku był tak mocny, że mogłam się założyć, że jego knykcie zbielały, a wkrótce pojawi się tam siniak.
- To boli! - krzyknęłam gwałtownie, przez co moja ręka została natychmiastowo puszczona. Staliśmy przy samym brzegu, naprzeciwko siebie. Czułam jak woda obmywa moje stopy, ale to za nic nie zmniejszyło moich nerwów. Wpatrywałam się w chłopaka z niedowierzaniem, trzymając za obolałe miejsce. Domyślałam się, że brązowooki przygląda się nam z odległości.
- Przepraszam. - Ethan westchnął i delikatnie skinął głową na moje ramię. - Posłuchaj, on się mi nie podoba. - spojrzał na mnie przeszywającym wzrokiem. On chyba żartuje. Zachowuje się jakby był moim ojcem, a nie kolegą. W gruncie rzeczy to powinnam czuć się bezpieczniej w towarzystwie Dylana, bo to jego "znam" dłużej, a nie z blondasem, którego spotkałam zaledwie kilka godzin temu. Myślałam, że Australijczyk jest dobrym materiałem na przyjaciela, ale najwidoczniej się myliłam. Zdążył mi już zaleźć za skórę.
- To chyba dobrze. Jesteś hetero tak? - postanowiłam go spławić w najbardziej nieznośny jak na moje możliwości sposób. Niemalże wydawało mi się, że usłyszałam bardzo charakterystyczne parsknięcie Chavez’a. W tym momencie mina Ethan’a była przekomiczna. Sądziłam, że jego oczy zaraz wylecą z orbit, a szczęka dosięgnie ziemi.
- Tak! – wrzasnął zirytowany. Jeśli wcześniej uważałam, że się go nie boję, to teraz całkowicie przeczę temu stwierdzeniu. Definitywnie nie zostaniemy przyjaciółmi. Nawet nie mam zamiaru, zobaczyć się z nim ponownie. Kilkoro ludzi na plaży obejrzało się na nas. Nerwowo założyłam za ucho kosmyk włosów, które spadły na moją twarz. Zebrałam w sobie na tyle siły, aby odpowiedzieć chłopakowi mocnym, zdecydowanym głosem:
- To nie widzę, w czym masz problem. - mówiąc to odeszłam do niego, zauważając, że obok Dylana stoi kilka nieznajomych mi osób z alkoholem i słodyczami w aluminiowych torbach. Już miałam usiąść na ręczniku, kiedy ktoś przycisnął swoje ciało do mojego, wykrzykując:
- Cześć śpiochu.
- Cześć Rey. – uśmiechnęłam się uprzejmie, rozpoznając głos, a także oddałam uścisk. Czarnoskóry był w porządku i wydawał się dobrym kumplem.
- Mam nadzieję, że kanapa ci odpowiadała. – zaśmiał się półgębkiem.
- Obudziłam się w samochodzie i nie kojarzę nawet twojego salonu. Jakoś nie było czasu się przyjrzeć. – zmarszczyłam brwi. To prawda, nie przypominałam sobie wyglądu pokoju dziennego Jefferey’a. Za plecami czarnoskórego spostrzegłam dwóch innych chłopaków. Jeden uśmiechał się zalotnie i miał ciemną skórę, jednak jaśniejszą niż Roy. Ubrany był w zwykłą, szarą koszulkę na ramiączkach, uwydatniającą jego mięśnie oraz ciemne spodnie, spod których wystawała szara gumka bokserek i czarne buty sc. Swój wygląd dopełniał kraciastą koszulą przepasaną w pasie oraz srebrnym naszyjnikiem na szyi.
- My się chyba jeszcze nie poznaliśmy, piękna. - powiedział pewnym siebie głosem. Czy wszyscy z paczki Chavez'a mają przebojowość niemalże wszczepioną?
- Jestem
Amy. – odparłam oschle. Miałam ochotę zdrapać ten błysk z jego oczu, jakby
patrzył na mnie jak na mięso. Czy ja wyglądam na dziewczynę, której jeśli chłopak
powie się jakiś durny komplement albo będzie nadmiernie miłym, to rzuci się mu
w ramiona? Otóż nie. Nie jestem tania, ale inni widocznie tego nie dostrzegają.
Za każdym razem, gdy poznaję nowe osoby mam ochotę uciec jak najdalej. Każda z
nich ocieka tak sztucznością (nie zawsze z wyglądu, ale z zachowania) że
mogliby sprzedawać ją na ebay’u. Poważnie. Komplementowanie przed dobrym
poznaniem jest jak rzucanie grochem o ścianę, chyba że chcesz dziewczynę
jedynie do łóżka.
- Timothy, ale większość mówi mi Moss. – zaśmiał się, podając mi rękę do przybicia źółwika. Odwzajemniłam gest i uśmiechnęłam się przyjaźnie. Ucieszyłam się, że Moss zmienił trochę swoje nastawienie oraz zaczął traktować jak równą sobie, a nie jak kolejną bezwstydnicę. - Nie musiałaś być taka wredna. – wydął wargi, próbując się nie zaśmiać.
Niestety licho mu to wyszło.
-Jethro Dallas. – przedstawił się drugi chłopak. Miał przyjazny wyraz twarzy,
mimo że nawet się nie uśmiechał. Czarna bandana zdobiła jego głowę, a krucze
włosy falowały przy większym podmuchu wiatru. Odziany w ciemne nie za krótkie,
ale i nie za długie spodnie oraz zwykły biały t-shirt, również uwydatniający mięśnie
na jego ciele.
- Amy Belmonte. – odpowiedziałam uprzejmie. Jethro patrzył na mnie sceptycznie,
jakby chciał wyczytać ze mnie więcej niż to możliwe. Po czym jednak zdecydował
się przybić mi żółwika i wysłać mały uśmiech.
- Chłopaki! Alkohol się sam nie przyniesie. – wykrzyknęły jakieś dziewczyny,
przez co chłopaki zwrócili się w ich stronę, wymachując środkowymi palcami. –
Zostawcie tą laskę i chodźcie!
- Narka śpiochu. – zaśmiał się Rey, po czym poczochrał mi włosy. Pozostała
dwójka również się pożegnała. Kiedy odeszli, poczułam za sobą czyjąś obecność.
- Uważaj na nich. Czasami są niezłymi napaleńcami. – zachrypnięty głos trafił
do moich bębenków, wywołując przyjemne dreszcze. Właściciel brzmienia zahaczył delikatnie
zębami o małżowinę mojego ucha, a swoją umięśnioną klatką otarł się o plecy.
Odskoczyłam przerażona, a może bardziej zszokowana, zmierzając w kierunku
swoich rzeczy. Usłyszałam jedynie śmiech chłopaka. Chavez, któregoś dnia
przysięgam, że cię zatłukę. Zmierzałam w kierunku swoich rzeczy, gdzie panowało
nie małe zamieszanie.
- Ethan co ty do cholery odwalasz! – syknął Cooper. Oh, czyli jego kumpel
bardzo się wkurzył.
- Zbieramy się. Nie mam ochoty tu dłużej siedzieć. – wrzasnął Pseudo Serfer, rzucając
w mojego sąsiada ubraniami i torbą.
- Zaraz się kurwa zesrasz. – warknął wkurzony Coops. Przysięgam. Ethan
zachowywał się jak małe dziecko, któremu mama zabrała lizaka. Obrażony na cały
świat psuł nie tylko szanse na dostanie słodyczy, ale również relacje z
rodzicielką. Tak było w tym przypadku. Australijczyk oprócz tego, że zniszczył
kontakt ze mną, to również torturował swoich przyjaciół.
- Muszę już iść, kochanie. – mój przyjaciel
przytulił się do mnie, po czym musnął ustami moje czoło i całą grupą skierowali
się do wyjścia z plaży.
- Musiałaś się z tamtym pokłócić!- naskoczyła na mnie Nina , wymachując rękami
w moją stronę. Jej twarz wyrażała czystą wściekłość. O co miałaby się złościć.
Odjęłam jej coś? Ah tak, nie może już się ślimaczyć z moim przyjacielem. Z irytacją obserwowałam jak krząta się,
zbierając swoje rzeczy.
- A ty co robisz? – smętnie spytałam. Spojrzała na mnie sowimi rozszerzonymi
źrenicami, jakby zaraz miały jej wypaść oczy z oczodołów.
- Nie wiem jak ty, ale ja nie będę sama tak tu siedzieć. – żachnęła, po czym
ruszyła w stronę paczki Chavez’a. Zaledwie kilka sekund później usłyszałam „
Hej, możemy się przysiąść?”, a także zgodę na nasze przyłączenie się. Zebrałam swoje pierdoły i poszłam śladem brunetki.
Ujrzałam poznanych wcześniej chłopaków z Rey’em i Dylan’em, a także dwie
dziewczyny. Jedna z nich, o imieniu Gigi, patrzyła na nas jak na kawałki gówna. Miała ostre rysy
twarzy, ciemne niemal czarne oczy, a jej ombre włosy związane były w
niechlujnego koka. Ubrana była w białe bikini, a ciało miała zgrabne i opalone. Druga
zaś - Buena, zsunęła ręką swoje pilotki na nos, by na nas zerknąć. Jej kształty były
bardziej kobiece, a na sobie miała granatowy strój. Włosy były wygolone po dwóch
bokach, a makijaż mocny. Gdy tylko usiadłam obok swojej przyjaciółki, do moich rąk wręczona została puszka zimnego piwa.
3rd person Pov*
Słońce już chowało się za horyzontem, ledwo odbijając się od
tafli wody. Dziwnie ciepłe jak na wrzesień powietrze otaczało plażę, a piasek
pod stopami był wciąż nagrzany. Harmonię panującą przy jeziorze St. Clair rozbijał
jedynie dźwięczne śmiechy i nowoczesna muzyka. Nastolatkowie bawili się w
najlepsze. W krwi każdego z nich krążył alkohol, w jednych trochę mniej, w
drugich więcej. Niebieskooka szatynka nie myślała trzeźwo i co chwilę
chichotała, jednak nie tylko ona. Jej przyjaciółka i wcześniej poznana Buena,
również ledwo trzymały się na nogach. Głupich pomysłów nie brakowało.
- Chavez! – wykrzyknęła zachrypniętym głosem Amy w stronę
brązowookiego chłopaka, który na wywołanie swojego nazwiska natychmiastowo
zwrócił uwagę na dziewczynę. – Założę się, że nie zdobędziesz numeru tamtej
laski. – uśmiechnęła się zadziornie i wskazała palcem na niedaleko spacerującą
z dziwnym psem osobę, ubraną w długą sukienkę do ziemi oraz z przewiązaną na
głowie wzorzystą chustą. Wyglądała na porządną dziewczynę z zasadami i samymi A
w szkole, cóż pozory mylą. Młody
mężczyzna podzielił jej spojrzenie, podnosząc do góry brwi.
- Jasne, ale wykonam to jakże trudne zadanie pod jednym warunkiem. – parsknął rozumiejąc, że szatynka, mimo tego jak wielki kit jej wkręca, dalej brnie w tą grę. – Jeśli wygram zakład to skosztuję szotów z twojego ciała. – na jego twarzy pojawił się cwany uśmiech, a karmelowe oczy wypełniły roztańczone iskierki. Oczywiście szatynka była w jego typie. Miała krągłości w odpowiednich miejscach, nie nie była gruba. Jej figura była niemalże idealna w jego oczach. Cóż nie tylko w jego, ale również w większości chłopaków ze szkoły. Wielu młodzieńców wzdychało do niej, lecz ona albo tego nie zauważała albo nie brała do świadomości. Jednakże panienka Belmonte była na językach w szkole i niewielu miało odwagę zagadać do córki szanowanego policjanta. Więc jeśli brązowooki miał okazję skosztować co nieco z szatynki, nie zamierzał się powstrzymywać.
- Przez miesiąc będę zawoził i odwoził ciebie ze szkoły. – podsumował chłopak. Takie rozwiązanie było korzystne dla dziewczyny. Uwolniłaby się od martwej ciszy w samochodzie i kłóceniu się o miejsce pasażera z rozpuszczoną siostrą, lecz chciała jak najwięcej zyskać z zakładu.
- A co ja będę z tego miała? – zagadnęła Amy wyraźnie zainteresowana propozycją. Jednak w jej upojonej procentami głowie, zachowała się krztyna przytomności.
- Palcówkę! – wykrzyknął wstawiony Rey, powodując śmiech wszystkich znajomych, a także zarobił kilka rozbawionych spojrzeń od młodzieży dalej.- Przez miesiąc będę zawoził i odwoził ciebie ze szkoły. – podsumował chłopak. Takie rozwiązanie było korzystne dla dziewczyny. Uwolniłaby się od martwej ciszy w samochodzie i kłóceniu się o miejsce pasażera z rozpuszczoną siostrą, lecz chciała jak najwięcej zyskać z zakładu.
- Trzy miesiące. – poprawiła chłopaka z szelmowskim
uśmiechem. Może samo zadanie nie było jak wzięte z księżyca, ale cena była dość
wysoka i Belmonte najwyraźniej nie zdawała sobie z tego do końca sprawy.
- Zgoda. – odpowiedział tym samym Dylan, po czym podał szatynce
rękę do uścisku.
- Przypieczętujcie to. – zawył z ekscytacją Moss, wystawiając przed członków zakładu dwa pełnie kieliszki wódki. Po chwili oboje przechylali naczynia, a ich złączone dłonie, zostały przecięte przez rękę Gigi.
- Przypieczętujcie to. – zawył z ekscytacją Moss, wystawiając przed członków zakładu dwa pełnie kieliszki wódki. Po chwili oboje przechylali naczynia, a ich złączone dłonie, zostały przecięte przez rękę Gigi.
Biedna nie wiedziała, w co się wpakowała.

ROZDZIAŁ 5 | ROZDZIAŁ 6 | ROZDZIAŁ 7
Mam nadzieję, że rozdział się Wam podoba :) W następnym pojawi się punkt widzenia Dylana. I może nie możecie się tego doczekać tak bardzo jak ja. Postaram się wstawić go do maksymalnie 2 tygodni.
Zapraszam do pisania swoich przemyśleń, zadawania pytań na twitterze ( wstawcie #LiDG + @mieczka) na pewno Wam odpowiem, podam dalej albo dodam do ulubionych :)
Jedno pytanie: Czy chcielibyście, aby na twitterze powstało oddzielne konto do opowiadania?
Liczę na rzetelne, szczere komentarze. Poprawiajcie moje błędy, człowiek uczy się przez całe życie. I jeszcze jedno, proszę aby komentarze były dłuższe, a nie składające się tylko z np "super" :)
Zapraszam na Collison :)
Czytasz = Komentujesz = Motywujesz = Nowy rozdział
Subskrybuj:
Posty (Atom)