Pokazywanie postów oznaczonych etykietą barbarapalvin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą barbarapalvin. Pokaż wszystkie posty

4 lutego 2015

Rozdział 10 "Friend"

Dziękuję miśki za każdy komentarz pod poprzednim rozdziałem, kocham Was!
Rozdział dedykowany TinyDrug, która jest moją bratnią duszą na blogosferze. Dzięki, że jesteś. 
  
Narracja pierwszoosobowa 

Pierścionek na mojej prawej dłoni gładko obracał się po obwodzie palca. Zdawałoby się, że moja praprababcia była kobietą, lubiącą dobrze zjeść, gdyż biżuteria była dla mnie nieco za duża. Jeden granatowy kryształek na srebrnej obręczy mienił się w blasku salowych jarzeniówek. Imponował mi swoją prostotą i wykonaniem, należał także do mojego ulubionego zestawu wraz ze srebrnym łańcuszkiem oraz zawieszką z kryształkiem robionym na wzór pierścienia.  Skóra na moich dłoniach była wysuszona i nieprzyjemna w dotyku. Wszystko przez codzienne zmywanie naczyń oraz sztućców w rodzinnej restauracji. Już ponad miesiąc odpracowuję karę, ale nie narzekam. Żadna praca nie hańbi. Chociaż obecnie nie zarabiam pieniędzy dla siebie, a moja pensja trafia na konto rodziców, jestem z siebie dumna. Staję na wysokości zadania. Jedynym minusem jest brak wolnego czasu. Czuję, jakbym od wieków nie wybrała się na żadną imprezę i ten fakt zaczyna mi ciążyć. Nie chodzi tutaj o pijaństwo, głośną muzykę czy tłum spoconych nastolatków. Chciałabym chociaż wyskoczyć na zakupy z moją męczącą siostrą. Charlotte to mały upiór, który używa swoich nieco krzywych kłów w nieodpowiednim momencie (dosłownie i w przenośni). Jest wredna, denerwująca, humorzasta i mogłabym wymieniać do utraty tchu, ale to wciąż rodzina. Oprócz tego jej podobieństwo do taty mnie przeraża. Jest jego młodym, kobiecym klonem, ślicznym klonem. Ma małe szmaragdowe oczy w kształcie migdałów, delikatne, lecz stanowcze rysy twarzy, mały podbródek i pulchne usta. Jak na swój wiek jest wysoka, najwyższa z dziewczyn w swojej klasie. Tak, przy niej rodzice bardziej się postarali. W moim przypadku ich niedoświadczenie wzięło górę, to przynajmniej moje założenie.

1 listopada 2014

Rozdział 9 "Darkness"

Proszę przeczytajcie notkę pod rozdziałem.

3rd person Pov*

Kobieta w średnim wieku po raz kolejny wpatrywała się mętnym wzrokiem w klarowny, mocny cydr, który należał do jej ulubionych trunków,  znajdujący się w kryształowej szklance. Tego dnia ukryty barek w jednej z szafek jej ogromnego biurka, został praktycznie opróżniony. Nie liczyło się dla niej to, że nie należy pić w miejscach, a tym bardziej godzinach pracy. Cóż, nie wyrzuci się z własnej firmy. Przykre zrządzenie losu, bo może ktoś powinien ocucić ją z amoku, w jakim trwa od dłuższego czasu. Przeciągnęła wolną, drżącą dłonią po ściśle spiętych w koka kasztanowych włosach. Schludne ubranie, składające się z ołówkowej, czarnej spódnicy za kolano, białej, satynowej, przylegającej do ciała koszuli, a także marynarki i szpilek pod kolor spódnicy. Wszystko idealnie wyprasowane oraz czyste, jakby ubrania były przed chwilą kupione lub ściągnięte od projektanta. Porządek panował nie tylko w jej wyglądzie, ale w przestrzeni, jaka ją otaczała. Pedanckie nawyki, takie jak układanie na ostro zatemperowanych ołówków w równym rządku lub notoryczne przecieranie ekranu laptopa, były różnie postrzegane przez jej pracowników. Kiedy któryś z nich z czystej sympatii proponował pomoc, jeszcze tego samego dnia dostawał wypowiedzenie w trybie natychmiastowym. Zawsze stwarzała wrażenie silnej kobiety, która twardo stąpa po ziemi. Ale czy na pewno taka była?
Stanęła przy ogromnym oknie sięgającym od sufitu do podłogi i wpatrywała się w ponury obraz Chicago. Położyła dłoń na szybie, po której spływały krople deszczu. Chłód szkła praktycznie nie różnił się od temperatury jej dłoni. Oto jaka jest. Zimna.
Dostrzegła swoje odbicie. Nienagannie ubrana, perfekcyjnie wypielęgnowana i uczesana.  Ale na prawdę jest przeźroczysta. Nie ma w niej nic, co jest tak na prawdę ważne. Kolejna pusta jednostka, szukająca szczęścia w nieszczęściu. Gniew krążył w jej żyłach. Jak mogła dopuścić, aby On zniknął? Szklanka upadła, roztrzaskując się, a cydr rozlał się po ciemnej wykładzinie. Jak mogła do tego dopuścić? Porozrzucała szaleńczo wszystkie dokumenty, znajdujące się na ogromnym biurku. Jak mogła?
- Cztery pierdolone lata!- wykrzyknęła, siadając na miękkim, skórzanym krześle, łapiąc się za głowę. Nie, to nie jest jej wina. On ją do tego zmusił. Tak, aż się o to prosił. Zrobił to specjalnie. Tak. Chciał ją zniszczyć. Rozszarpać na kawałki. Zepsuć jej karierę, dotychczasowe życie. Tak, na pewno o to mu chodziło.
I cóż, udało mu się.

18+

Szedł długim korytarzem podziemni pod klubem "Downtown".  Obicia ścian w kolorze czarnym były miękkie i pięknie mieniły się w biało-czerwonym świetle, jakie dawała podświetlana marmurowa podłoga. Lubił to miejsce. Cóż, nie bez przyczyny był to najlepszy klub w Detroit. Piękne kobiety, dobra muzyka i alkohol. Powoli przemierzał pusty hol, prywatne loże były na prawdę drogie.
Czy chciał tu być? Nie, ale zobowiązany jest, aby stawić się na każdy rozkaz szefa. Nawet jeśli jest trzecia nad ranem. Dotarł do krwisto czerwonych dwuskrzydłowych drzwi, a na jednej z klamek ujrzał, wiszącą na srebrnym sznureczku małą kartkę. Odczytał ją, a usta wygięły się mu w półuśmiechu. Nie zastanawiając się długo, pchnął ręcznie zdobione wrota.
Dziewczyna odziana jedynie w czarne koronkowe stringi i połyskujące, czarne szpilki o niewiarygodnie wysokim obcasie, siedziała rozkrokiem na ciemnej, skórzanej kanapie.  Jasna karnacja kontrastowała z niemalże czarnymi włosami, które płynnie opadały na jej jędrne piersi. Szczupłe, lecz wysportowane ciało oplecione było srebrnymi łańcuchami, szczególnie przy szyi, nadgarstkach i kostkach. Nie mogła się poruszyć, inaczej udusiłaby się. W jej ustach spoczywało coś na kształt ustnika lub maski. Nie miała szans wypowiedzieć jakiegokolwiek słowa. W tym pomieszczeniu tylko jęki powinny wydostawać się z jej gardła. Białe boczne światła podkreślały atuty ciała dziewczyny. Całą ścianę za jej plecami pokrywały białe lampki, dodając pomieszczeniu więcej uroku. Po prawej stronie znajdował się podest ze schodkami, na którym umiejscowiona została błyszcząca rura do tańczenia, a przy niej wiła się krótkowłosa blondynka, ubrana w czarne bikini. Lewa strona loży wyglądała identycznie, łącznie z podobną tancerką. Czarny kolor pokrywał ściany, podłogi, a także sufit. W głośnikach rozbrzmiewały bass, dodając pikanterii, która była już niemal namacalna w powietrzu.
Chavez zaciągnął się papierosem, którego zapalił, podczas oględzin loży. Chłopak powoli podszedł do kruczowłosej. Przejechał palcem od jej pępka, pomiędzy piersiami, aż pod podbródek, który uniósł. Popiół swobodnie zlatywał na ciało Evy. Czy miała tak na imię? Tego nie wiedział i nie chciał wiedzieć, ale jej spojrzenie przypominało mu pierwszą kobietę w raju. Niewinne oczy, ale skłonne poświęcić swoją duszę diabłu. Biedna Eva nie była świadoma, jak zakażone jabłko właśnie zrywa. Powinna siedzieć w pokoju, uczyć się, a nie oddawać jakiemuś mężczyźnie. Ale co to go obchodzi?
Objął dłońmi jej piersi, jednocześnie, wydmuchując dym prostu w twarz dziewczyny. Szatynka, usiłując uniknąć jakiegokolwiek dotyku, próbowała kopnąć chłopaka. Niestety ten czyn był bezmyślny, gdyż w tym samym momencie łańcuchy zacisnęły się na jej ciele, wyginając je w łuk. Stłumiony krzyk wydarł się z jej gardła. Jednak nikt nie usłyszy biednej Evy, nikt nie chciał jej usłyszeć.
Dylan nieco już zirytowany, odsunął się. Zorientował się, że dziewczyna jest świeżym towarem, inaczej nie próbowałaby się bronić. Ciekawe tylko czy przyszła tu z własnej woli, czy odpracowuje dług swoich bliskich. Mimo tego, chłopak odpuścił. Jeżeli nie chce jego dotyku to proszę bardzo, rozwiążemy ten problem w inny sposób. Nie zastanawiając się dłużej, ściągnął blondynki na kanapę szatynki. Przez krótką chwilę napawał się widokiem trzech pięknym i prawie nagich kobiet, lecz zaprzestał tych czynności, zdając sobie sprawę, że będzie mógł to robić przez całą noc. Gorąca muzyka podsycała jego zmysły. Usiadł w twardym, ale wygodnym fotelu, pasującym do reszty pomieszczenia. Znajdował się w takiej odległości, aby mógł bez przeszkód oglądać seans. Wrzucił niedopałek do popielniczki na stojącym obok stoliku. Po chwili szklanka z jego ulubionym alkoholem znalazła się w jego dłoni, dzięki prywatnej kelnerce w skąpym stroju.  Zamachnięciem dłoni dał sygnał blondynkom, że mogą zaczynać.
Dziewczyny zaczęły ciągnąć łańcuchy przy ciele Evy, sprawiając, że musiała wyginać się pod różnym kątem, a z jej gardła wydzierały się jęki, spowodowane bólem.  Ich dłonie zaczęły przemieszczać się po jej skórze. Nacierały ją, drapały i głaskały. Schodziły coraz niżej, aż do centrum szatynki. Ich języki zaczęły lizać jej szyję, piersi. Chwilę później dodały jeszcze zęby, ciągnąc za brodawki spętanej dziewczyny. Eva chociaż bardzo chciała, nie mogła nic poradzić na to, że wzbierała się w niej ekscytacja, a jęki były nie tylko dzwiękami cierpienia, ale i przyjemności. Ostatkami sił spojrzała głęboko w oczy młodego mężczyzny, lecz w jego oczach ujrzała jedynie ciemność.

„Ból przyćmił strach, a ciemność uśmierzyła ból.”
                                                                                              Jej?

                                                                                              Czy Jego?


https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgJ_nLhCAo1Pcfr6AXHUBWOZ59pcI_J2DFs0LeptLH4usMWyAPwjTvw6ED9Cu5-1YH5ccXQJHu7u2gFOepLmAFsH0fK9gABvCMUpiLF6TBVAZLBeBnJgP7RDCGle5W-nJd-YDHC2nQMPdU/s400/szlaczek2.png
ROZDZIAŁ 8 | ROZDZIAŁ 9 | ROZDZIAŁ 10


Proszę każdego o wyrażenie sugestywnej opinii na temat rozdziału, bo dopiero teraz wgryzamy się w fabułę. Pragnę wiedzieć, co podoba się Wam, a co przeszkadza; co ciekawi, a co nudzi.
Zmieniłam hasztag (twitter) na #LiDGff, ponieważ wcześniejszy miał powiązania z iSpotem.
Czytasz = Komentujesz = Motywujesz = Nowy rozdział

Zapraszam na niesamowite opowiadanie - Collision.

6 sierpnia 2014

Rozdział 8 "Do my dance"



pochylony tekst - retrospekcja

Amy Pov*

          Przeskoczyłam ostatnie dwa schodki ganku i już miałam sięgnąć po klamkę, kiedy drzwi otworzyły się same, ukazując moją mamę z groźnym wyrazem twarzy.
- To dla ciebie znaczy natychmiast? – krzyknęła, przepuszczając mnie do wnętrza domu. Kobieta stała cały czas nade mną, wypalając dziury w moim ciele, a także karciła wzrokiem za każdym razem, gdy spojrzałam w jej stronę. Zrzuciłam buty wraz z torbą przy jednej z szaf przedpokoju. Następnie zostałam pociągnięta za rękę do salonu. Usiadłam na kanapie naprzeciwko telewizora i położyłam stopy na puchatym dywanie. Och, jak bardzo chciałabym tu być w celu obejrzenia jakiegokolwiek serialu. Po prawej stronie w skórzanym i zarazem obszernym fotelu siedział mój ojciec ze srogim wyrazem twarzy, zaś po lewej w swoim ulubionym karmelowym i niesamowicie miękkim – moja mama. Zapadła niezręczna cisza, podczas gdy rodzice wpatrywali się w moją osobę.
- Może się jakoś wytłumaczysz? – żachnął Henry, odwracając wzrok, jakby patrzył na jakąś odrazę.
- Poszłam na plażę i potem spotkałam Cooper’a wraz z przyjaciółmi, a także kolegów ze szkoły. Skończyło się na tym, że była mała impreza w domku przy plaży. – powiedziałam cicho, gestykulując dłońmi oraz wykręcając palce. Robiłam to prawdopodobnie za każdym razem, gdy się denerwowałam.
- Mogłabyś łaskawie głośniej? – Henry definitywnie ze mnie kpił. Albowiem, złożył ręce jak do modlitwy i patrzył, jakbym miała co najmniej siedem głów.
- BYŁAM NA IMPREZIE NA PLAŻY! – powtórzyłam głośniej i wyraźniej w stronę Henry’ego, wpatrując się w jego twarz równie przenikliwie, co on w moją.
- Czuć od ciebie alkohol. – skomentował, wstając. Świetnie. W tym całym pośpiechu zapomniałam przynajmniej zjeść miętówki. Tym samym przekroczyłam granicę do maksymalnych możliwości. Czeka mnie szlaban, najmniej do pięćdziesiątki. Speszona podniosłam się z kanapy. Nienawidziłam takich sytuacji, choć zdarzały się rzadko. W większości to ja byłam na „dywaniku”. Zawsze rozpętywała się kłótnia i to nie mała. Rodzice wiecznie się martwią o to, co sąsiedzi powiedzą. Nie martwili się o mnie. Nie obchodziły ich moje problemy. Byłam jak niepotrzebny pachołek, który jak na złość zawsze się przewraca na drodze, uczącego się młodego kierowcy.
- Jaką ty rodzinie opinie tworzysz? – wykrzyknął mężczyzna, wskazując palcem w moją osobę. – Jestem policjantem do cholery! Co ludzie z zewnątrz pomyślą? Córka komisarza pije sobie z jakimś towarzystwem na umór! – i było tego znacznie więcej, lecz nie miałam zamiaru tego wysłuchiwać. Pobiegłam w stronę schodów na piętro, zgarniając po drodze torbę.
- Od jutra za każdym razem po szkole zawozisz siostrę na lekcje skrzypiec, a później idziesz pracować na zmywaku w restauracji matki i nie interesuje mnie jak wyrobisz się z odrabianiem pracy domowej lub robieniem twoich gówien! – mężczyzna stał tuż u spodu schodów. Szybkim krokiem przeszłam hol i zakluczyłam się w moim pokoju. Rzuciłam torbę na łóżko, a następnie zabrałam laptopa ze stolika nocnego. Włączyłam wieżę oraz słuchając ostatniej płyty Beyonce, otworzyłam nowe okno w przeglądarce z Facebook’iem. Zalogowałam się na portalu społecznościowym, lecz to, co na nim ujrzałam przeraziło mnie do szpiku kości. Miałam ogromną ilość powiadomień dotyczących oznaczeń na zdjęciach, a także polubień pod dodanymi świeżo fotkami. Tylko jest jedno ale. Ja nie wrzucałam żadnych nowości od ponad kilku miesięcy. Zauważyłam również, że mam w znajomych Buena’ę, Gigi i chłopaków. Wszystkich oprócz Dylan’a. Na stronie głównej znajdowały się zdjęcia z imprezy. Powoli zjeżdżałam w dół strony, śmiejąc się z dziwnych póz Rey’a i Moss’a. Tak, zdecydowanie tamten wieczór był udany. Jeżeli ktoś spytałby się mnie, czy żałuję, to bez zastanowienia zaprzeczyłabym. W większości relacje z zeszłej nocy były na profilach Ventury i Perezowej, lecz i u mnie coś się znalazło. O czwartej nad ranem rzekomo ja dodałam zdjęcie, jak wszystkie z dziewczynami stoimy na plaży. Każda w bikini z wiatrem we włosach. Gigi paliła prawdopodobnie joint’a, Nina miała dziwny wyraz twarzy, ja z Bueną śmiałyśmy się, a za nami w oddali widać było posturę i uśmiech Moss’a. Zdjęcie dostało również podpisek „pozytywnie :)” . Liczba polubień była zdumiewająca, gdyż ponad dwieście pięćdziesiąt, zaś komentarzy około trzydziestu. Natychmiastowo zaczęłam je przeglądać. Ludzie ze szkoły dodawali wpisy typu: „zajebiste laski”, „do twarzy Wam z uśmiechem”, niektórzy zazdrościli nam świetnej imprezy, a także żalili się, że ich tam nie było. Najbardziej rozśmieszyły mnie komentarze Gigi, Ventury, a także Moss’a i Rey’a.
Timothy Moss: najlepsze ciasteczko
Gigi Perez: które?
Timothy Moss: te za tymi szprychami
Buena Ventura: ja tam niczego nie widzę oprócz tego murzyna zlewającego się z tłem
Timothy Moss: otóż to
Jeffrey Barthes: najlepsze jest to czego tu nie widać
Gigi Perez: mówisz o Chavez’ie? myślałam, że interesują cię szparki lmao
Timothy Moss: Jeffrey, dojebała ci
Jeffrey Barthes: wiem, przyzwyczaiłem się
Przejechałam nieco niżej i zobaczyłam komentarz nikogo innego jak Anthony’ego Ricardson’a. Najprzystojniejszego (do czasów Dylan’a) i najbardziej czarującego chłopaka w szkole, a także napastnika drużyny koszykarskiej. Napisał, że jestem piękna. Moja szczęka prawdopodobnie spadła z pierwszego piętra do piwnicy, a ciało już wyginało się w tańcu szczęścia. Nagle okienko wieloosobowego czatu wyskoczyło na pulpicie.
Gigi: patologia z twojej szkoły zaprasza mnie do znajomych
Ja: haha, nie przyjmuj ich
Buena: ja przyjęłam i jakiś przystojniaczek zaprasza mnie na randkę
Timothy: i tak nie ma seksowniejszych ode mnie
Rey: chyba siebie w lustrze nie widziałeś
Ja: ej ej  kto z was wdarł się na moje konto?
Buena: na instagramie?
Buena: aaa na FB to ja z Gigi
Beuna: nie obraź się kochana
Buena: <3
Timothy: jaki spam lol
Ja: nie gniewam się J
Ja: aaa okej
Ja: czekaj jaki instagram! Zabije was!
Timothy: podaj datę, chce wiedzieć, kiedy kopnę w kalendarz
Natychmiastowo rzuciłam się w kierunku mojej torby. Szukając telefonu powyciągałam wszystkie rzeczy. To prawda, że kobieca torebka jest jak studnia bez dna. Ręcznik, sweter, czyjaś koszulka, portfel, butelka wody, ale telefonu brak. Chwila, wróć. Czyjaś koszulka? Dotknęłam materiału o mocnym zapachy męskich perfum, które mogłam już rozpoznać. Z całą pewnością czarny t-shirt należał do Dylan’a. Tylko jak on tu się znalazł? Możliwe, że przez przypadek zgarnęłam go z domku na plaży. Nie jestem pewna czy mam go oddać. To znaczy powinnam go zwrócić, jednakże właściciel chyba nie obrazi się, jak przywłaszczę sobie jego koszulkę. Cóż przynajmniej mam taką nadzieję. Do przejrzenia została mi jedynie boczna kieszonka, w której zawsze znajdują się klucze. Otworzyłam ją i zgadnijcie co. Pan Frytka się znalazł. Tak, mój telefon nazywa się Pan Frytka. Od razu wzięłam go do ręki i uruchomiłam wybraną aplikację. Zobaczyłam pięć zdjęć. Pierwsze przedstawiało brzuchy chłopaków i na celu było wybranie najlepszego. Cóź padło na abs Dylan’a. Nie żebym się tego wcale nie spodziewała. Na drugim zdjęciu Rey oraz Moss całowali moje policzki i obejmowali w pasie. Kolejne to selfie z Dylan’em, na którym akurat dobrze wyszłam, a chłopak jeszcze lepiej. Tak podobało mi się, cholernie. Następny post przyprawił mnie o niemałe dreszcze i niesamowicie przeraził. Przedstawiał mnie i Chavez’a, leżących razem w łóżku, przytulonych do siebie oraz okrytych do połowy kołdrą, z opisem „słodziaki już zasnęły”. Zamknęłam oczy i ponownie otworzyłam. Powtórzyłam tą czynność kilka razy mając nadzieję, że obraz przede mną zniknie. Jednak się nie udało. Byłoby miło gdybym cokolwiek z tego pamiętała. Alkohol wyprał mi większość imprezy. Nagle dostałam nowy komentarz do wyżej wymienionego zdjęcia - „Gruba dziwka”. Ból ogarnął moją klatkę piersiową, a oczy stały się szklane. Bez zastanowienia usunęłam komentarz, lecz efekty, jakie spowodował się nasiliły. Jasne, zdawałam sobie sprawę, że nie wszyscy mnie lubią, ale nigdy w całym moim życiu nie dostałam tak poniżającej opinii. Wyłączyłam telefon, kładąc się na łóżku. Z tego co zdążyłam wcześniej zauważyć to, że na ostatnim poście, któryś z chłopaków trzymał kieliszek tequili z plasterkiem cytryny na swoim umięśnionym brzuchu.

Tequila. Szoty. Zakład. O cholera.

Wytatuowany blondyn dumnie kroczył ze zwycięską karteczką z numerem komórkowym w dłoni. Uśmiechał się zadziornie, a zarazem zwycięsko w moim kierunku. Właśnie kilka minut temu, ograł mnie i dopiero teraz, zdałam sobie z tego sprawę. Czekaj, co było tego ceną? Ah tak, szoty z mojego ciała. Nic wielkiego. – powiedziałaby jakaś tania dziewczyna, którą w tym momencie na nieszczęście nie byłam. Tak, na nieszczęście. Dla niej to byłby pikuś, a dla mnie jebany Mount Everest. Moja głupota prawdopodobnie sięga zenitu.
- Nie mów mi, że się boisz, mała. – Dylan spojrzał prosto w moje oczy, jakby chciał przedrzeć moją duszę na wylot. Czy się bałam? Nie, ani trochę. Ja tylko dygałam z przerażenia. Tylko. I prawdopodobnie podałabym tu przykład bohatera jakiejś książki, jednak nikt nie wydaje się być głupszy ode mnie. Najgorsze jest to, że Dylan mógł umieścić kieliszek gdziekolwiek zechciał na moim ciele. Wszędzie. Och, głupiutka. Gdybyś ty jeszcze wiedziała, co on ma w tej głowie i co na ciebie szykuje - zamknij się resztko mojej godności.
 – Cóż, przykro mi, ale z zakładów ze mną nie da się wycofać. – powiedział z satysfakcją, przygotowując drink. Chłopaki zaśmiali się w tyle.
- Współczuję ci dziewczyno. – Buena dodała ze skruchą w głosie – Będziesz musiała znosić jego twarz, z tak bliskiej odległości. – blondas zerknął na Venturę z udawaną złością i po chwili rzucił w nią swoim t-shirtem. Tak, był bez koszulki i najwidoczniej nie miał zamiaru się ubrać.
- To gdzie masz zamiar umieścić ten kieliszek? – zapytałam z lekką niepewnością chłopaka, który natychmiastowo po usłyszeniu tego pytania, przybrał zadziorny wyraz twarzy. Podniosłam brew, jakbym tym mogła poznać, chociaż trochę jego nikczemnego planu.
- A kto tu mówił o jednym kieliszku? – zaśmiał się. W najmniejszym stopniu nie spodziewałam się tego. Przebiegły sukinsyn. Chłopaki jak wierny chórek blondyna, zagwizdali. 


Zgodnie z instrukcjami Dylan’a położyłam się na kocu, który był wystarczająco miękki i puszysty. Jak się domyślacie, byłam jedynie w bikini. Reszta grupy siedziała obok na swoich ręcznikach z kolejnymi piwami w dłoniach. Słońce chowało się za horyzontem, a niebo było niezwykle malownicze i kolorowe. Muzyka rozbrzmiewała z przenośnego głośnika na dobre pół kilometra. Powinnam trzepnąć Tygę za jego seksualne podteksty w piosenkach, które tworzyły dość pikantny jak dla mnie klimat. Jakby już sama sytuacja nie była wystarczająco obnażająca. Amy sama wlazłaś w to gówno, więc się z niego wywiąż. Co z tego, że wcześniej wypiłam już kilka piw, teraz czułam się stu procentowo trzeźwa, choć nie sądzę, abym jutro cokolwiek pamiętała. Przybrałam wygodną pozycję. Chłopaki wybrali jak najbardziej proste miejsce, aby kieliszki się nie przechylały, a także żebym leżała w miarę równo. Tuż obok mnie ustawione zostały naczynia ze zmrożoną wcześniej (nie pytajcie gdzie, bo nie wiem) tequilą, pokrojonymi plastrami cytryny, a także solą w plastikowej miseczce. Wdzięczna byłabym, gdyby ktoś dokładnie wytłumaczył mi, na czym polegają szoty przed zawarciem zakładu. Szlag to brał. Chwilę później pojawił się blondyn. Opuścił dłońmi moje nogi, gdyż poprzednio były zgięte w kolanach. Przyglądałam się jego twarzy i skupieniu jakie jej towarzyszyło. Żuchwę miał zaciśniętą. A jego linia szczęki była niesamowicie ostra i pociągająca. Amy, stop. To nie czas na twoje miłosne rozterki. Wracając, jego naga klatka piersiowa była tak blisko, że ciarki przeszły przez moje ciało. Na nieszczęście chłopak to zauważył i jakby od niechcenia przejechał opuszkami palców po linii mojego brzucha. W tyłu zabrzmiały gorące wiwaty czarnoskórych z towarzyszkami. To wygląda jak scena gry wstępnej w jakimś pornosie z obecnością publiczności w tle. Matko kochana. Chavez uśmiechnął się do mnie, w ten sposób, w jaki pedofile w filmach przyciągają swoje ofiary. Usiadł na moim pasie, jak najdelikatniej potrafił, po czym spojrzał się w kierunku mojej twarzy.
- Masz zamiar siedzieć tu całą noc? – powiedziałam rozdrażniona. Chciałabym mieć to już za sobą, a ten to przeciąga jak tylko najdłużej może.
- Jeśli będę chciał. – mruknął, biorąc owoc do ręki. – Tańcz po mojemu, mała.* – szepnął wprost w moje usta, opierając dłoń nad moją głową i stykając swoje rozgrzane ciało z moim, chłodnym. Następnie umieścił cytrynę w moich wargach i uśmiechając się triumfalnie sięgnął po sól. Rozsypał ją w linii, zaczynając poniżej piersi (cieszyłam się, że miał jakieś opory, żeby nie wepchnąć tego między nie), a kończąc na pępku, gdzie włożył mokre od zimnego alkoholu naczynie. Ździwiłam się, gdyż miał umieścić na moim ciele kilka kieliszków. Widocznie to dostrzegł, gdyż ponownie pochylając się (tym razem do mojego ucha) wyszeptał:
- Dziś się nad tobą zlituję, ale kiedyś wrócę po resztę nagrody.
Potem raptownie zniżył się do mojego brzucha oraz przyłożył usta do naczynia, które jak na złość się przechyliło, wylewając odrobinę trunku, spływającego wprost do lini mojego dołu od stroju. Dreszcze przeszły przez całą mnie. Nie tylko z powodu tego, że alkohol był bardzo zimny, ale z zadowolenia na twarzy chłopaka, gdy odrobina drinku wylała się z kieliszka. Teraz nie liczyła się reszta grupy. Byłam jak zamknięta w bańce. Tylko ja i Dylan. Ile bym dała, żeby wiedzieć, co siedzi w tej jego makówce. Wtem blondyn podniósł spojrzenie na mnie. Przejechał językiem po swoich wargach, po czym wciąż wpatrując się w moje oczy zjechał nim do miejsca, gdzie spłynął alkohol. Przyłożył język do mojej skóry. To uczucie było dziwne. Jego mokry, śliski mięsień ocierał się o mnie. Z czasem stawało się to nawet przyjemne. Tylko te ciemne jak noc oczy, wpatrywały się we mnie z taką intensywnością i pożądaniem, że wiłam się pod Dylanem jak marionetka. Dosłownie. Gdy już dotarł do kieliszka, dwie fabryki czekolady zamknęły się i jednym szybkim ruchem, przechylił naczynie w ustach. Następnie zlizał sól, jaką wysypał w równej, cienkiej linii, aż do piersi. Jego ciało było niemalże przyciśnięte do mojego. Czułam jak naprzemiennie jego mięśnie napinają się i rozluźniają, gdy zmieniał pozycje. Co chwilę jego dłoń sunęła gdzieś na mnie, by ponownie spowodować dreszcze i ciarki. Już był nad moją twarzą. Położył swoją szorstką, dużą dłoń na mój policzek. Wpatrywałam się w niego jak w obrazek, na to co robił, na wyraz jego twarzy, na jego umięśnione ciało nade mną. Karmelowe oczy otworzyły się. Był tuż przy mnie. Nasze nosy prawie się stykały. Powoli pochylił się niżej. Jego niesamowicie miękkie usta nieznacznie otarły się o moje, gdy pochwycił cytrynę, zaczepiając zębami o moją dolną wargę i przy okazji pociągając ją. Smakował solą, a wargi miał chłodne i śliskie.




* nawiązanie do tekstu piosenki

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgJ_nLhCAo1Pcfr6AXHUBWOZ59pcI_J2DFs0LeptLH4usMWyAPwjTvw6ED9Cu5-1YH5ccXQJHu7u2gFOepLmAFsH0fK9gABvCMUpiLF6TBVAZLBeBnJgP7RDCGle5W-nJd-YDHC2nQMPdU/s400/szlaczek2.png
ROZDZIAŁ 7 | ROZDZIAŁ 8 | ROZDZIAŁ 9




Czytasz = Komentujesz = Motywujesz = Nowy rozdział

Damy wkracza do akcji :) Przepraszam, za jakość tej sceny lol (choć mam nadzieję, że się podoba) Rozdział wrzuciłam jak najszybciej mogłam, gdyż jestem na wyjeździe i dopiero teraz zdobyłam (cudem) internet. Następny najprawdopodobniej coś w okolicach tygodnia, półtorej. Trzymajcie się.

bloger wariuje

9 lipca 2014

Rozdział 6 "Deceit"


- Ciebie też miło widzieć Belmonte. - chłopak swoimi karmelowymi tęczówkami niemalże przeszywał moją twarz i dekolt. Niezręcznie zaczęłam pocierać dłonie, przy okazji wykręcając palce w każdą możliwą stronę.
- Um, cześć Dylan. - wymamrotałam z zażenowaniem, na co on cwaniacko się uśmiechnął. Tak, ten chłopak definitywnie mnie zawstydza. Jak zresztą każdy. -  podsunęła moja podświadomość. Zamknij się, nikt cię nie pytał.
- Jakiś problem? - odezwał się głos za mną. Oh, błagam. Odwróciłam się, aby ujrzeć Ethana z zaciętą miną wpatrującego się w Chavez’a. Brakuje mi tu jedynie bójki, chociaż tak naprawdę nie wiem z jakiego powodu miałaby wyniknąć. Potencjalny Australijczyk, bo właśnie tak nazwałam blondasa z opalenizną i dredami, wydaje się miły, ale jest najwyraźniej bardzo zaborczy, mimo że nic szczególnego mnie z nim nie łączy. Zerknęłam na Dylana, który podniósł krzaczastą brew, a jego mina wyrażała czystą kpinę. Momentalnie objął moją talię ramieniem, przyciągając do swojego ciała. Wytatuowana dłoń muskała moją skórę na biodrze, wysyłając przyjemne dreszcze i powodując kojące ciepło. Zerknęłam na twarz brązowookiego, nie rozumiejąc jego gestu, nie żeby mi się nie podobało.
- Widzisz tu jakiś problem, mała? - szatyn spojrzał na mnie, uśmiechając się ciepło. Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, nie dlatego, że Dylan wyglądał jak pedofil, ale dlatego, że Ethan dosłownie kipiał ze złości. Pokręciłam przecząco głową, palcami gładząc swoją brodę by uniknąć palącego wzroku Pseudo-surfera, tak to kolejna ksywka, ale cóż nie mogę się powstrzymać.
- Amy możemy porozmawiać? - zostałam niemalże odciągnięta przez Pana Zaborczego. Uścisk Ethan’a na moim barku był tak mocny, że mogłam się założyć, że jego knykcie zbielały, a wkrótce pojawi się tam siniak.
- To boli! - krzyknęłam gwałtownie, przez co moja ręka została natychmiastowo puszczona. Staliśmy przy samym brzegu, naprzeciwko siebie. Czułam jak woda obmywa moje stopy, ale to za nic nie zmniejszyło moich nerwów. Wpatrywałam się w chłopaka z niedowierzaniem, trzymając za obolałe miejsce. Domyślałam się, że brązowooki przygląda się nam z odległości.
- Przepraszam. - Ethan westchnął i delikatnie skinął głową na moje ramię. -  Posłuchaj, on się mi nie podoba. - spojrzał na mnie przeszywającym wzrokiem. On chyba żartuje. Zachowuje się jakby był moim ojcem, a nie kolegą. W gruncie rzeczy to powinnam czuć się bezpieczniej w towarzystwie Dylana, bo to jego "znam" dłużej, a nie z blondasem, którego spotkałam zaledwie kilka godzin temu. Myślałam, że Australijczyk jest dobrym materiałem na przyjaciela, ale najwidoczniej się myliłam. Zdążył mi już zaleźć za skórę.
- To chyba dobrze. Jesteś hetero tak? - postanowiłam go spławić w najbardziej nieznośny jak na moje możliwości sposób. Niemalże wydawało mi się, że usłyszałam bardzo charakterystyczne parsknięcie Chavez’a. W tym momencie mina Ethan’a była przekomiczna. Sądziłam, że jego oczy zaraz wylecą z orbit, a szczęka dosięgnie ziemi.
- Tak! – wrzasnął zirytowany. Jeśli wcześniej uważałam, że się go nie boję, to teraz całkowicie przeczę temu stwierdzeniu. Definitywnie nie zostaniemy przyjaciółmi. Nawet nie mam zamiaru, zobaczyć się z nim ponownie. Kilkoro ludzi na plaży obejrzało się na nas. Nerwowo założyłam za ucho kosmyk włosów, które spadły na moją twarz. Zebrałam w sobie na tyle siły, aby odpowiedzieć chłopakowi mocnym, zdecydowanym głosem:
- To nie widzę, w czym masz problem. -  mówiąc to odeszłam do niego, zauważając, że obok Dylana stoi kilka nieznajomych mi osób z alkoholem i słodyczami w aluminiowych torbach. Już miałam usiąść na ręczniku, kiedy ktoś przycisnął swoje ciało do mojego, wykrzykując:
- Cześć śpiochu.
- Cześć Rey. – uśmiechnęłam się uprzejmie, rozpoznając głos, a także oddałam uścisk. Czarnoskóry był w porządku i wydawał się dobrym kumplem.
- Mam nadzieję, że kanapa ci odpowiadała. – zaśmiał się półgębkiem.
- Obudziłam się w samochodzie i nie kojarzę nawet twojego salonu. Jakoś nie było czasu się przyjrzeć. – zmarszczyłam brwi. To prawda, nie przypominałam sobie wyglądu pokoju dziennego Jefferey’a. Za plecami czarnoskórego spostrzegłam dwóch innych chłopaków. Jeden uśmiechał się zalotnie i miał ciemną skórę, jednak jaśniejszą niż Roy. Ubrany był w zwykłą, szarą koszulkę na ramiączkach, uwydatniającą jego mięśnie oraz ciemne spodnie, spod których wystawała szara gumka bokserek i czarne buty sc. Swój wygląd dopełniał kraciastą koszulą przepasaną w pasie oraz srebrnym naszyjnikiem na szyi.
- My się chyba jeszcze nie poznaliśmy, piękna. - powiedział pewnym siebie głosem. Czy wszyscy z paczki Chavez'a mają przebojowość niemalże wszczepioną?
- Jestem Amy. – odparłam oschle. Miałam ochotę zdrapać ten błysk z jego oczu, jakby patrzył na mnie jak na mięso. Czy ja wyglądam na dziewczynę, której jeśli chłopak powie się jakiś durny komplement albo będzie nadmiernie miłym, to rzuci się mu w ramiona? Otóż nie. Nie jestem tania, ale inni widocznie tego nie dostrzegają. Za każdym razem, gdy poznaję nowe osoby mam ochotę uciec jak najdalej. Każda z nich ocieka tak sztucznością (nie zawsze z wyglądu, ale z zachowania) że mogliby sprzedawać ją na ebay’u. Poważnie. Komplementowanie przed dobrym poznaniem jest jak rzucanie grochem o ścianę, chyba że chcesz dziewczynę jedynie do łóżka. 
- Timothy, ale większość mówi mi Moss. – zaśmiał się, podając mi rękę do przybicia źółwika. Odwzajemniłam gest i uśmiechnęłam się przyjaźnie. Ucieszyłam się, że Moss zmienił trochę swoje nastawienie oraz zaczął traktować jak równą sobie, a nie jak kolejną bezwstydnicę. - Nie musiałaś być taka wredna. – wydął wargi, próbując się nie zaśmiać. Niestety licho mu to wyszło.
-Jethro Dallas. – przedstawił się drugi chłopak. Miał przyjazny wyraz twarzy, mimo że nawet się nie uśmiechał. Czarna bandana zdobiła jego głowę, a krucze włosy falowały przy większym podmuchu wiatru. Odziany w ciemne nie za krótkie, ale i nie za długie spodnie oraz zwykły biały t-shirt, również uwydatniający mięśnie na jego ciele.
- Amy Belmonte. – odpowiedziałam uprzejmie. Jethro patrzył na mnie sceptycznie, jakby chciał wyczytać ze mnie więcej niż to możliwe. Po czym jednak zdecydował się przybić mi żółwika i wysłać mały uśmiech.
- Chłopaki! Alkohol się sam nie przyniesie. – wykrzyknęły jakieś dziewczyny, przez co chłopaki zwrócili się w ich stronę, wymachując środkowymi palcami. – Zostawcie tą laskę i chodźcie!
- Narka śpiochu. – zaśmiał się Rey, po czym poczochrał mi włosy. Pozostała dwójka również się pożegnała. Kiedy odeszli, poczułam za sobą czyjąś obecność.
- Uważaj na nich. Czasami są niezłymi napaleńcami. – zachrypnięty głos trafił do moich bębenków, wywołując przyjemne dreszcze. Właściciel brzmienia zahaczył delikatnie zębami o małżowinę mojego ucha, a swoją umięśnioną klatką otarł się o plecy. Odskoczyłam przerażona, a może bardziej zszokowana, zmierzając w kierunku swoich rzeczy. Usłyszałam jedynie śmiech chłopaka. Chavez, któregoś dnia przysięgam, że cię zatłukę. Zmierzałam w kierunku swoich rzeczy, gdzie panowało nie małe zamieszanie.
- Ethan co ty do cholery odwalasz! – syknął Cooper. Oh, czyli jego kumpel bardzo się wkurzył.
- Zbieramy się. Nie mam ochoty tu dłużej siedzieć. – wrzasnął Pseudo Serfer, rzucając w mojego sąsiada ubraniami i torbą.
- Zaraz się kurwa zesrasz. – warknął wkurzony Coops. Przysięgam. Ethan zachowywał się jak małe dziecko, któremu mama zabrała lizaka. Obrażony na cały świat psuł nie tylko szanse na dostanie słodyczy, ale również relacje z rodzicielką. Tak było w tym przypadku. Australijczyk oprócz tego, że zniszczył kontakt ze mną, to również torturował swoich przyjaciół.
-  Muszę już iść, kochanie. – mój przyjaciel przytulił się do mnie, po czym musnął ustami moje czoło i całą grupą skierowali się do wyjścia z plaży.
- Musiałaś się z tamtym pokłócić!- naskoczyła na mnie Nina , wymachując rękami w moją stronę. Jej twarz wyrażała czystą wściekłość. O co miałaby się złościć. Odjęłam jej coś? Ah tak, nie może już się ślimaczyć z moim przyjacielem.  Z irytacją obserwowałam jak krząta się, zbierając swoje rzeczy.
- A ty co robisz? – smętnie spytałam. Spojrzała na mnie sowimi rozszerzonymi źrenicami, jakby zaraz miały jej wypaść oczy z oczodołów.
- Nie wiem jak ty, ale ja nie będę sama tak tu siedzieć. – żachnęła, po czym ruszyła w stronę paczki Chavez’a. Zaledwie kilka sekund później usłyszałam „ Hej, możemy się przysiąść?”, a także zgodę na nasze przyłączenie się. Zebrałam swoje pierdoły i poszłam śladem brunetki. Ujrzałam poznanych wcześniej chłopaków z Rey’em i Dylan’em, a także dwie dziewczyny. Jedna z nich, o imieniu Gigi, patrzyła na nas jak na kawałki gówna. Miała ostre rysy twarzy, ciemne niemal czarne oczy, a jej ombre włosy związane były w niechlujnego koka. Ubrana była w białe bikini, a ciało miała zgrabne i opalone. Druga zaś - Buena, zsunęła ręką swoje pilotki na nos, by na nas zerknąć. Jej kształty były bardziej kobiece, a na sobie miała granatowy strój. Włosy były wygolone po dwóch bokach, a makijaż mocny. Gdy tylko usiadłam obok swojej przyjaciółki, do moich rąk wręczona została puszka zimnego piwa.

3rd person Pov*

Słońce już chowało się za horyzontem, ledwo odbijając się od tafli wody. Dziwnie ciepłe jak na wrzesień powietrze otaczało plażę, a piasek pod stopami był wciąż nagrzany. Harmonię panującą przy jeziorze St. Clair rozbijał jedynie dźwięczne śmiechy i nowoczesna muzyka. Nastolatkowie bawili się w najlepsze. W krwi każdego z nich krążył alkohol, w jednych trochę mniej, w drugich więcej. Niebieskooka szatynka nie myślała trzeźwo i co chwilę chichotała, jednak nie tylko ona. Jej przyjaciółka i wcześniej poznana Buena, również ledwo trzymały się na nogach. Głupich pomysłów nie brakowało.
- Chavez! – wykrzyknęła zachrypniętym głosem Amy w stronę brązowookiego chłopaka, który na wywołanie swojego nazwiska natychmiastowo zwrócił uwagę na dziewczynę. – Założę się, że nie zdobędziesz numeru tamtej laski. – uśmiechnęła się zadziornie i wskazała palcem na niedaleko spacerującą z dziwnym psem osobę, ubraną w długą sukienkę do ziemi oraz z przewiązaną na głowie wzorzystą chustą. Wyglądała na porządną dziewczynę z zasadami i samymi A w szkole, cóż pozory mylą.  Młody mężczyzna podzielił jej spojrzenie, podnosząc do góry brwi.
- Jasne, ale wykonam to jakże trudne zadanie pod jednym warunkiem. – parsknął rozumiejąc, że szatynka, mimo tego jak wielki kit jej wkręca, dalej brnie w tą grę. – Jeśli wygram zakład to skosztuję szotów z twojego ciała. – na jego twarzy pojawił się cwany uśmiech, a karmelowe oczy wypełniły roztańczone iskierki. Oczywiście szatynka była w jego typie. Miała krągłości w odpowiednich miejscach, nie nie była gruba. Jej figura była niemalże idealna w jego oczach. Cóż nie tylko w jego, ale również w większości chłopaków ze szkoły. Wielu młodzieńców wzdychało do niej, lecz ona albo tego nie zauważała albo nie brała do świadomości. Jednakże panienka Belmonte była na językach w szkole i niewielu miało odwagę zagadać do córki szanowanego policjanta. Więc jeśli brązowooki miał okazję skosztować co nieco z szatynki, nie zamierzał się powstrzymywać.
- A co ja będę z tego miała? – zagadnęła Amy wyraźnie zainteresowana propozycją. Jednak w jej upojonej procentami głowie, zachowała się krztyna przytomności.
- Palcówkę! – wykrzyknął wstawiony Rey, powodując śmiech wszystkich znajomych, a także zarobił kilka rozbawionych spojrzeń od młodzieży dalej.
- Przez miesiąc będę zawoził i odwoził ciebie ze szkoły. – podsumował chłopak. Takie rozwiązanie było korzystne dla dziewczyny. Uwolniłaby się od martwej ciszy w samochodzie i kłóceniu się o miejsce pasażera z rozpuszczoną siostrą, lecz chciała jak najwięcej zyskać z zakładu.
- Trzy miesiące. – poprawiła chłopaka z szelmowskim uśmiechem. Może samo zadanie nie było jak wzięte z księżyca, ale cena była dość wysoka i Belmonte najwyraźniej nie zdawała sobie z tego do końca sprawy.
- Zgoda. – odpowiedział tym samym Dylan, po czym podał szatynce rękę do uścisku.
- Przypieczętujcie to. – zawył z ekscytacją Moss, wystawiając przed członków zakładu dwa pełnie kieliszki wódki. Po chwili oboje przechylali naczynia, a ich złączone dłonie, zostały przecięte przez rękę Gigi. 


Biedna nie wiedziała, w co się wpakowała. 

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgJ_nLhCAo1Pcfr6AXHUBWOZ59pcI_J2DFs0LeptLH4usMWyAPwjTvw6ED9Cu5-1YH5ccXQJHu7u2gFOepLmAFsH0fK9gABvCMUpiLF6TBVAZLBeBnJgP7RDCGle5W-nJd-YDHC2nQMPdU/s400/szlaczek2.png

ROZDZIAŁ 5 | ROZDZIAŁ 6 | ROZDZIAŁ 7

Mam nadzieję, że rozdział się Wam podoba :)  W następnym pojawi się punkt widzenia Dylana. I może nie możecie się tego doczekać tak bardzo jak ja. Postaram się wstawić go do maksymalnie 2 tygodni.
Zapraszam do pisania swoich przemyśleń, zadawania pytań na twitterze ( wstawcie #LiDG + @mieczka) na pewno Wam odpowiem, podam dalej albo dodam do ulubionych :)
Jedno pytanie: Czy chcielibyście, aby na twitterze powstało oddzielne konto do opowiadania?
Liczę na rzetelne, szczere komentarze. Poprawiajcie moje błędy, człowiek uczy się przez całe życie. I jeszcze jedno, proszę aby komentarze były dłuższe, a nie składające się tylko z np "super" :)
Zapraszam na Collison :)

Czytasz = Komentujesz = Motywujesz = Nowy rozdział